Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skok w Polskę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skok w Polskę. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 kwietnia 2018

Suchy Las pod Poznaniem. Przyjaźń, szczęście i miłość spadają jak meteoryty


Niespodziewanie. I nie zawsze jesteśmy na nie gotowi. Odkąd pamiętam, byłam życiową hazardzistką, chociaż nigdy nie grałam w jednorękich bandytów ani nie wierzyłam w wygraną w Totolotka. Zanim dokończę opisywanie ostatniego eurotripa, zapraszam Was do wspólnej wyprawy w głąb Suchego Lasu. 

Suchy Las to  niewielka (116,65 km kw. powierzchni) gmina koło Poznania, gdzie na poligonie Jerzy Hoffman kręcił swój film "Ogniem i mieczem" i gdzie 5 tysięcy lat temu spadł deszcz meteorytów. Od 1976 w Suchym Lesie znajduje się rezerwat przyrody "Meteoryt Morasko". Swoją drogą: wiecie, że Poznań jest jedynym takim miastem na świecie, które posiada na swoim terenie kratery pometeorytowe? Mimo tych wszystkich ciekawych akcentów pewnie nigdy bym nie pomyślała, żeby wybrać się tam na wycieczkę, ale... los kieruje nas zawsze tam, gdzie czeka nas coś pięknego. Nawet jeśli drogi bywają kręte i zawiłe.

I właśnie jak deszcz meteorytów, zupełnie niespodziewanie, spadła na mnie możliwość spełnienia jednego ze swoich marzeń, a więc przygarnięcia psa. To było też jedno z moich marzeń na checkliście na rok 2018.

Kiedy zaczynałam pisać bloga Podróże bez planu na łamach jednego z wrocławskich portali wyznałam, że marzę - zafascynowana od dzieciństwa książką "Lassie, wróć!" - o owczarku collie. Psa chciałam mieć od zawsze. Ale - jak to czasem bywa - opór stawiali rodzice, bo "pies to nie zabawka, to odpowiedzialność". To wszystko oczywiście prawda, ale pies to także najwierniejszy przyjaciel człowieka.

Ja i tak mam to szczęście, że wśród swoich przyjaciół mam i takich, którzy nigdy mnie nie zawiedli, których znam od czasów gimnazjum czy liceum i wciąż - na dobre i na złe - trzymamy się razem. Ale wiem też, że nic nie jest nam dane na zawsze, a zdarzają się sytuacje, kiedy rozczarowanie jest większe niż nadzieja na happy end. A pies to taka szczególna istota, która bez względu na okoliczności czy zmiany w naszym charakterze - zostaje z nami na zawsze. Dlatego, że psy - w odróżnieniu od kotów - niesamowicie przywiązują się do swojego właściciela, a więź między człowiekiem i psem może pozwolić na uwalnianie się większej ilości oksytocyny, czyli hormonu szczęścia. 

Chaki, którego widzicie na zdjęciu, to pies myśliwski rasy ogar polski. Od niedawna: mój pies. Łagodny pieszczoch, choć niektórzy twierdzą, że jest ogromny i wygląda groźnie. Tymczasem łągodny przestaje być tylko w stosunku do terierów rosyjskich. To właśnie dla Chakiego pojechałam do Suchego Lasu. Tak jak dla prawdziwej przjaźni czy miłości pojechałabym na drugi koniec świata.

Niektórzy z Was pomyślą pewnie: "to idealistyczne", ale ten blog powstał kiedyś z potrzeby serca, a tylko osoby kierujące się rozsądkiem, a nie sercem, potrafią stąpać twardo po ziemi. Peace!

A Wy wierzycie w to, że szczęście spada jak meteoryty? Dzielcie się swoimi opiniami w komentarzach. 



 

sobota, 30 września 2017

MIEJSCA Z HISTORIĄ. Westerplatte, czyli gdzie trzeba być 1 września?



Gdańsk. 1 września 2017, godz. 5.00. Polski Bus właśnie wjeżdża na dworzec autobusowy. Kilka minut później podjeżdża T3, którą mamy pruć na Finsterwalde. Taki jest plan. Ale zanim wcielimy go w życie, pada pytanie, na które nie trzeba odpowiadać. Odpowiedź jest znana. "To co, zahaczymy o Westerplatte? W końcu dziś 1 września." 

I kiedy uzmysłowimy sobie, że dokładnie 78 lat temu w tym miejscu polscy żołnierze walczyli o wolność, to trudno o brak emocji. Przejść obojętnie obok trudnej polskiej historii po prostu się nie da.

***

1 września 1939. Na miejscu czuwała wtedy jedna trzecia załogi. W nocy, niedaleko twierdzy Wisłoujśćie żołnierze kompanii Kriegsmarine zeszli z pokładu okrętu Schleswig-Holstein na ląd (pancernik wpłynął na wody pod pretekstem kurtuazyjnej wizyty 25 sierpnia, spodziewany mniejszy okręt miał rzekomo ulec awarii). Rankiem 1 września działa były już wymierzone w Westerplatte. W dzienniku pokładowym zapisano: "Okręt idzie do ataku na Westerplatte". Zanotowane o godz. 4.43.

W bitwie o Westerplatte po stronie polskiej zginęło około 20 żołnierzy, po stronie niemieckiej - 300. Obrońcy Westerplatte, choć znajdowali się na straconej pozycji, odparli 13 szturmów, a ich walka jest do dziś symbolem determinacji, z jaką Polacy sięgali po wolność kraju.

Według źródeł historycznych dowódca obrony na Westerplatte, miał usłyszeć od podpułkownika Wincentego Sobocińskiego następujące słowa: "Heniek (mjr Henryk Sucharski - przyp. red.), nie licz na żadną pomoc, nie macie tutaj żadnej szansy. Gdańsk jest odcięty. Uważaj jutro rano, Niemcy uderzą, nie dajcie się zaskoczyć. Ty dowodzisz i ty decydujesz. Jak uznasz, że opór nie ma szans, wiesz, co robić. Nie daj się tylko zaskoczyć".

Na Westerplatte 2 września na chwilę pojawiła się biała flaga. Możliwe, że zwątpił właśnie Sucharski, na Westerplatte miało także dojść do buntu niektórych żołnierzy. Od tamtej pory rzeczywistym dowódcą Westerplatte miał być kapitan Franciszek Dąbrowski.

Oficerowie z Westerplatte o słowach Sobocińskiego mieli dowiedzieć się dopiero po wojnie. Wielu liczyło na pomoc ze strony Francji czy Wielkiej Brytanii.

***

Ku czci polskich żołnierzy na Westerplatte stanął Pomnik Obrońców Wybrzeża. Pomnik ma 23 metry wysokości. To właśnie tam, pod pomnikiem, co roku organizowane są uroczystości. Szkoda tylko, że w tym roku apel pamięci dotyczył nie tylko obronców Westerplatte, nie tylko tych, którzy zginęli w walce o ojczyznę, lecz także tych, którzy ponieśli śmierć w katastrofie smoleńskiej. Moim zdaniem nie powinno się mieszać historii.

Nigdy więcej wojny.

Peace.





niedziela, 13 sierpnia 2017

Kostrzyn nad Odrą i Woodstock 2017. Do zobaczenia za rok!


W poprzedniej notce napisałam, że opcje są dwie: albo okaże się, że to nie dla Ciebie, albo zostaniesz woodstockowiczem, fanem najpiękniejszego festiwalu świata. Po tegorocznej edycji usłyszałam, że opcja jest tylko jedna: jeśli raz tu przyjedziesz, to będziesz zawsze wracał. I powiem Wam, że coś w tym jest. Coś więcej niż tylko źdźbło prawdy. 

Krótko po swoim pierwszym Woodstocku poznałam ekipę ze Statku Miłości. Przejechaliśmy razem 6600 kilometrów, do dziś uważam to za podróż życia, a emocje z tej podróży można porównać jedynie do tęsknoty za Trypolisem (chciałoby się wrócić, chciałoby się to powtórzyć). I tak jest też z Przystankiem Woodstock. Przepraszam, nie chciałoby się, a się chce! To zasadnicza różnica. W tym roku ponad połowa ekipy ze Statku (Jabol, Mario i ja) bawiliśmy się na festiwalu. A przecież kiedy zamykałam rok temu drzwi od Ogórka, miałam takiego samego doła jak po Woodstocku - tym sprzed dwóch lat i tym tegorocznym. Bo nigdy nie wiesz, czy uda się zobaczyć raz jeszcze, czy zdarzy się jeszcze raz taka podróż. A Woodstock jest takim festiwalem, podczas którego wieczność chwilę trwa, a piękne chwile to cała wieczność, zapisana później we wspomnieniach. I jeżeli coś jest nam zapisane w gwiazdach, to zdarzy się, prędzej czy później. Na niektóre piękne chwile wystarczy po prostu poczekać. A Woodstock to festiwal, podczas którego naprawdę zaczynasz wierzyć w siebie i w to, co wcześniej wydawało się niemożliwe.

Kostrzyn nad Odrą to nie tylko Woodstock. Forty, schrony, historia

W tej notce chciałabym pokazać Wam również to, jaki jest Kostrzyn nad Odrą tak w ogóle, poza festiwalem. Bo poza tym, że przyjeżdża tu co roku około 500 tys. pozytywnie zakręconych ludzi, to nawet poza imprezą jest co pozwiedzać, choćby forty, takie jak Fort Sarbinowo, schrony albo Muzeum Twierdzy Kostrzyn.

Fort Sarbinowo (niem. Fort Zorndorf) powstał w latach 1883 - 1887. To jeden z czterech fortów w Kostrzynie. Oprócz niego są jeszcze: fort Czarnów, fort Gorgast i fort Żabice. Na teren fortu obowiązuje formalnie zakaz wstępu ze względu na zły stan tego, co po nim pozostało. Nie zmienia to jednak faktu, że zaglądają tu i turyści, i woodstockowicze. Zajrzeliśmy również i my, bo ruiny robią wrażenie. Jedna z historii (nie wiem, na ile prawdziwych) mówi, że zginął tu jeden z festiwalowiczów, który zapragnął nocą pozwiedzać. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale ze skarp w pobliżu ruin można rzeczywiście łatwo spaść. Lepiej wybrać się tam na trzeźwo, ale jeżeli należysz do osób, którym choć raz zdarzyło się trenować na kole cyrkowym trzy godziny po skończonej imprezie, to ruiny kusić będą tak samo w każdym odmiennym stanie podświadomości. Marzy mi się, żeby wybrać się kiedyś tam jeszcze raz, ale nocą. Szatański plan! Ale ponoć Woodstock to szatańska impreza ;)



Przechadzając się uliczkami Kostrzyna można dostrzec pozostałości po bombardowaniach, choćby resztki schodów prowadzących do kamienicy. Kostrzyn nad Odrą jest uznawany bowiem za najbardziej zniszczone wojną miasto na terytorium Polski, a przez historyków bywa nazywane "polską Hiroszimą".

Historia miasta sięga 1232 roku, kiedy to książę Władysław Odonic nadał ziemię kostrzyńską templariuszom. Tyle legend, ile można przeczytać w książkach o zakonie templariuszy, nie ma chyba żaden inny zakon. Jednym słowem - Dan Brown właśnie w Kostrzynie nad Odrą mógłby osadzić akcję jednej ze swoich powieści.

Turystów przyciąga jednak nie ta średniowieczna historia, ale właśnie ta wojenna. Dlaczego Kostrzyn nad Odrą nazywany jest polską Hiroszimą? W 1945 roku miasto praktycznie zostało zmiecione z powierzchni ziemi - zniszczonych zostało w sumie 8278 domów, w tym zapewne i kamienica, której resztki schodów widzieliśmy podczas zwiedzania Kostrzyna tuż przed rozpoczęciem festiwalu. Nie chcę jednak zatrzymywać się na dłużej w historii Kostrzyna - jeżeli zechcecie kiedyś spojrzeć na Kostrzyn od innej strony niż Woodstock, to na pewno wystarczy odrobina chęci, a nie ten wpis na blogu. Czas więc na kilka słów o samym festiwalu.

Woodstock. Tu się żyje!

Nie rozumiem całego tego "zdziwienia", "zaskoczenia", negatywnych opinii typu "impreza podwyższonego ryzyka". Śmieszą mnie uwagi o gwałtach, incydentach, szlag jeden wie, co na tym Woodstocku się dzieje. Mówią, że Sodoma i Gomora, a potem wracasz do normalności i niektórzy patrzą na Ciebie jak na ufoludka, który wrócił właśnie z innej planety. Zawsze powtarzam i jest to zdanie uniwersalne, cholernie prawdziwe, pasujące do każdej sytuacji: Trzeba przeżyć, żeby zrozumieć. Tak jest właśnie z Woodstockiem. Jeśli nie pojedziesz, a nasłuchasz się miliona zdań o tym, jak tam jest, to stracisz co najmniej kilka, może kilkanaście edycji najpiękniejszego festiwalu świata. Festiwalu, na którym panuje atmosfera wzajemnego szacunku, równości, tolerancji, przyjaźni, miłości, pozytywu i mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Stracisz tak jak 72-latek, którego poznałam na Woodstocku, a który spacerował po polu z transparentem "Kocham Woodstock". Mówił, że na Woodstock jeździ od trzynastu lat i... żałuje, że zaczął tak późno. Odetchnęłam z ulgą, bo ja straciłam jakieś siedem czy osiem edycji, odkąd skończyłam 18 lat.

Jasne, jest brudno, są toi toie i kolejki do pryszniców. I do zapiekanek. Do gofrów nie ma, przynajmniej rano. Ale jeśli Ci to nie odpowiada, możesz wybrać wakacje all inclusive w czterogwiazdkowym hotelu i patrzeć się codziennie na ten sam basen i pić te same drinki z palemką. Your choice. Trzeba przeżyć, żeby zrozumieć. Nie da się zrozumieć bez doświadczenia tego na sobie. To tak jak tłumaczyć, czym jest chemia między ludźmi komuś, kto nigdy nie był zakochany. Nie da się, to po prostu niemożliwe.

Przy okazji, historia dosłownie z wczoraj. Oglądam Perseidy w Zazoo Beach Bar (jedno z najfajniejszych miejsc we Wrocławiu, polecam) i nagle słyszę: "ja nie mogę, ale tu beznadziejne warunki. No, ale przynajmniej to nie Woodstock". Zazoo jest takim miejscem, gdzie można zupełnie się zrelaksować. Miejska plaża, piaseczek, muza, food trucki, alko i pizza na zamówienie. Do tego trzy toi toie z umywalką (i w każdym jest papier). Pełen luksus, ale jak widać, jak ktoś chce narzekać na warunki, to wszędzie znajdzie ku temu sposobność. Ja nie jestem księżniczką na ziarnku grochu, do szczęścia wystarczy mi tylko hamak i mogę spać pod gołym niebem, patrząc w gwiazdy. Uwielbiam patrzeć w gwiazdy. A jak księżniczka mogłam poczuć się nawet na Przystanku Woodstock, kiedy jako pasażerka miałam okazję wziąć udział w paradzie motocyklowej (dzięki, Jabol!). Nie wiem, czy nawet do księżnej Kate macha tylu ludzi w ciągu jednego dnia, ile machało nam podczas całego przejazdu. Niesamowita energia! Pozytyw tak jak wtedy, kiedy ktoś proponuje Ci ponumerować nogi, bo jesteś 86. osobą, do której zagadał. Irracjonalne, absurdalne, więc się zgadzasz, bo to przecież Woodstock. No i nagle na lewej nodze masz 173, a na prawej 174. A jaki potem jest fun, jak na zakupach w rockowym Lidlu spotykasz kogoś, kto ma 171 i 172!



Czym jeszcze jest dla mnie Przystanek Woodstock? To festiwal, podczas którego poznajesz niezwykłych ludzi, którzy myślą podobnie jak Ty, czują podobnie jak Ty i podobnie jak Ty mają w sobie trochę szaleństwa. To ludzie, przy których chce się zatrzymywać czas, bo na tym festiwalu jest się po prostu szczęśliwym. A kiedy jest się szczęśliwym, to chce się w tym szczęściu trwać. To ludzie, dla których warto zaryzykować, bo większość wierzy, że "impossible is nothing", a liczba pokonanych kilometrów nie ma znaczenia. Woodstock to też festiwal, na którym jest tak wielu różnych ludzi, że nikt niczego nie udaje, nikt nie próbuje być "lepszym" czy "gorszym", żeby komuś zaimponować. To jest absolutnie niesamowite. I wcale mnie nie dziwi, że woodstockowicze zakładają na Facebooku grupy "Woodstock przez cały rok" czy szukają festiwali, na których można znaleźć podobny klimat. Mam jednak wrażenie, że woodstockowej atmosfery nic nie jest w stanie powtórzyć. I kiedy wyjeżdżasz, łzy wzruszenia cisną się do oczu, tak jak podczas koncertu zespołu Lemon, kiedy wszyscy w jednym momencie wspominają wszystkie najpiękniejsze chwile swojego życia. Woodstock 2017 z pewnością pozostanie jedną z nich.

I jeszcze jedno: kiedy spotykasz na polu 72-letniego woodstockowicza, który pyta się Ciebie:

- Czy Pani też kocha Woodstock?

odpowiadam:

- Tak, to dopiero moja druga edycja, ale kocham, uwielbiam ten festiwal.

A on na to: - Ja też kocham Woodstock. Coś nas łączy.

Wszystkich woodstockowiczów coś łączy. Peace, Love, Music.


Ten napis ściga mnie we Wrocławiu, w Warszawie, ale w Kostrzynie nad Odrą to akurat nietrudne


PS. A do wszystkich hejterów, którzy chcą zniszczyć ten festiwal, nie znając kompletnie jego klimatu i go nie rozumiejąc, napiszę raz jeszcze: Trzeba przeżyć, żeby zrozumieć. A w słowach Jurka Owsiaka do Krystyny Pawłowicz nie było nic niestosownego. To tak jak życzyć komuś więcej endorfin. Oburzają się ci, którzy słowa Jurka Owsiaka niewłaściwie nadinterpretują. Spróbujcie Przystanku Woodstock.

PS 2. Na koniec film Twórców Wspomnień. Genialne moim zdaniem przedstawienie Przystanku Woodstock 2017, aż chciałoby się samemu wziąć kamerę i nagrać coś podobnego. Przy okazji: Twórcy Wspomnień nagrali również fantastyczny film ze zwiedzania Wrocławia (zobacz kanał Twórców Wspomnień)

PS 3. Wiem, zatrzymałam się na Stambule w relacji z podróży Statkiem Miłości. Obiecuję Wam, że nadrobię zaległości, a kolejne wpisy pojawią się już niebawem.



Woodstock, do zobaczenia za rok! 


poniedziałek, 26 października 2015

Warszawa to nie Berlin. Nawet James Bond nic nie wskóra

fot. Kinga Czernichowska
James Bond pożerał mnie wzrokiem, jakbym miała na sobie małą czarną z dużym wycięciem na plecach. Ale zamiast małej czarnej miałam na sobie polar, kurtkę, sportowe spodnie i ulubione buty na koturnach. Uporczywie wpatrywał się we mnie z tego billboardu. To przewiercające na wskroś spojrzenie dekoncentrowało. Próbowałam dostrzec w tych oczach odpowiedź na dręczące mnie pytania, ale agent 007 milczał jak zaklęty.

Skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Czuję się jak bohaterka piosenki Karoliny Czarneckiej. "Pod Pałacem busiki, wysiadają z nich słoiki..." I te wielkoformatowe reklamy. Uporczywie wpatrujący się w Ciebie James Bond to nie wszystko. Z naprzeciwka spogląda na Ciebie dziewczyna o końskiej twarzy, a z ukosa jakiś model prezentuje się w nieco za dużych bokserkach od Tommy'ego Hilfigera.

fot. Kinga Czernichowska
Nie, nie mam nic do Warszawy. Pisałam już o tym, jak wiele znaczyły dla mnie wyjazdy do stolicy pod względem zawodowym (zobacz też: Warszawa. Bo marzenia są po to, by je spełniać). To miasto, w którym z pewnością łatwiej osiągnąć sukces, wspinać się po szczeblach kariery. Tyle że ta wspinaczka to nie droga na Śnieżkę, lecz na Mount Everest albo Broad Peak. I wcale nie jest łatwo. Ale to nie to irytuje mnie w Warszawie najbardziej.

Drażni mnie tempo życia. Tempo, do którego chyba nie potrafię się przystosować. W Berlinie miasto o godz. 6.00 jeszcze śpi. Warszawa już nie. Warszawiacy o tej porze wsiadają do metra i każdy zanurza się w swoim świecie. Albo smartfonie. Odpływa, bo myślami jest już gdzie indziej. Byłam zaskoczona, gdy na Marszałkowskiej zobaczyłam dziewczynę, która wyszła na poranny jogging. Wyrwała się z tego schematu.

Warszawa to nie Berlin, nawet jeżeli tagami próbuje się to miasto odczarować. Berlin jest miastem, które żyje szybko i intensywnie, ale które ma swój świat. Tancerzy breakdance, malarzy, fotografów, grafficiarzy i muzyków. Tam możesz tego świata doświadczać. Tu ten świat wydaje się jakby zarezerwowany dla elit.

Zobacz też: Berlin.To miasto żyje sztuką!

Za każdym razem, gdy tylko jestem w Warszawie, próbuję znaleźć takie miejsce, w którym czas się zatrzymał. Jak dotąd nie znalazłam.


fot. Kinga Czernichowska

Pytanie do Was: A jakie jest Wasze ulubione miejsce w stolicy?

piątek, 16 października 2015

Wafel teatralny. Najbardziej znany przysmak kujawsko-pomorskiego po toruńskich piernikach

 Wafel teatralny w ubiegłym roku obchodził swoje sześćdziesięciolecie. To jeden z najbardziej znanych słodkich przysmaków województwa kujawsko-pomorskiego.

Fabryka Cukiernicza Kopernik, mat. prasowe

Ten region kojarzy Wam się zapewne z toruńskimi piernikami. I słusznie, bo z pewnością są one kulinarnym symbolem regionu. Powstają w Fabryce Cukierniczej Kopernik, istniejącej od 1763. Ale ta może pochwalić się jeszcze jednym przysmakiem - waflem teatralnym.

Teoretyczne dostępny powinien być w sklepach w całej Polsce, ale nigdzie sprzedaż nie jest tak wysoka jak w województwie kujawsko-pomorskim. I przyznam, że we Wrocławiu nigdy się z nim nie spotkałam.

Wafel teatralny składa się z kilku listków waflowych, przekładanych kremem. Jego tradycja sięga 61 lat. Początkowo istniał tylko jeden smak, klasyczny - orzechowy. Rok temu wprowadzono dwa nowe smaki kremu: czekoladowy i cytrynowy.

- Czekolada stanowi około 30 procent składników wafla. To dość dużo. Warto podkreślić, że jest to czekolada naturalna, a więc bez żadnej chemii - mówi Jakub Kopczyński z istniejącej od 1763 roku Fabryki Cukierniczej Kopernik. To właśnie tutaj odbywa się proces produkcji wafli. - Niektórzy zarzucają nam, że kruchy listek waflowy to wada tego przysmaku. Bo przecież jak to możliwe, żeby wafel aż tak się kruszył. A właśnie na tym polega tajemnica wafli teatralnych. Na ich kruchości i delikatności. One po prostu mają nam się rozpływać w ustach.

Przepis na wafel toruński jest objęty tajemnicą. Wiadomo natomiast, że receptura jest wciąż prawie taka sama od ponad sześćdziesięciu lat. Aż chce się pojechać do Torunia, by spróbować tych wszystkich słodkości.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Warszawa. Pod wpływem adrenaliny jest piękniejsza

Największą krzywdę robimy sobie, tworząc kalki i uprzedzenia. Etykietki i generalizacje. Przyznam, że naprawdę nie przepadałam za Warszawą. Wiecie, jak to jest. Miejsca tworzą ludzie. Jeżeli trafiacie na kogoś, kto nie rozdaje życzliwości na prawo i lewo (albo raczej na kogoś, kto jest po prostu nieżyczliwy, nawet jeżeli zdarzyło się to dwadzieścia lat temu), to nie chce Wam się tam wracać. Cóż, najwyższy czas zmienić zdanie.

Bo to właśnie Warszawa okazała się tym miastem, w którym spełniło się jedno z marzeń. De facto to właściwie nawet nigdy nie było marzeniem, bo marzenia zwykle są osiągalne, a jeżeli coś wydaje się nieprawdopodobne, to czy w ogóle można o tym marzyć?

Najpiękniejszą rzeczą w karierze dziennikarza jest przeprowadzenie wywiadu z aktorem/wokalistą/pisarzem, którego losy śledzisz na bieżąco. Wiesz, w czym gra, a w przypadku wokalistów, kiedy wyda następną płytę. Wiesz nawet, ile ma centymetrów wzrostu i kiedy wziął ślub.

I kiedy wychodzisz z takiego spotkania, czujesz się tak jak Murphy z najnowszego filmu Gaspara Noe po zażyciu opium. Odlatujesz. Poczucie satysfakcji miesza się z poczuciem spełnienia. Ci, którzy wiedzą, o czym piszę, nazywają to dziennikarską adrenaliną. Z takim określeniem niejednokrotnie spotkacie się w wywiadach z dziennikarzami. Dodajmy: dziennikarzami z pasji i zamiłowania.

I kiedy jesteście już pod wpływem tej adrenaliny, to miejsca, które kiedyś wydawały Wam się obskurne, stają się po prostu piękne. Nagle potworny Pałac Kultury i Nauki obrasta zielenią, a Hala Mirowska przypomina wrocławską Halę Targową. Gdzieś po drodze trafiacie na ulicę Kubusia Puchatka i włoską restaurację z przemiłą obsługą (choć i tak żadne miejsce w Warszawie nie może się równać z jedną z kawiarni na Krakowskim Przedmieściu).



Dlaczego o tym wszystkim piszę? 

Po pierwsze: mówię stanowcze NIE etykietowaniu. Szufladkowaniu miejsc i ludzi. Bo coś, co niesie ze sobą negatywne konotacje, nagle może stać się czymś, co kojarzyć Wam się będzie wyłącznie pozytywnie. Tak jak mi Warszawa przestała się kojarzyć ze snobizmem i zarozumiałością, a powoli zaczyna być symbolem pasma sukcesów na płaszczyźnie zawodowej.

Po drugie: staram się zarażać pasją. Jestem zdania, że żadne pieniądze nie są w stanie zastąpić  frajdy z robienia w życiu rzeczy, które cię fascynują. Jeżeli w Twoim życiu jest coś takiego jak PASJA, to nie daj sobie nigdy wmówić, że nie warto za nią podążać. Z pewnością spotkasz ludzi, którzy powiedzą Ci, że to niemożliwe, mało opłacalne, że nie warto. Wskażą ci inne opcje i powiedzą: tam jest lepiej: większy prestiż, większy hajs. Nie daj sobie wcisnąć tego kitu. Jeżeli robisz coś z pasji, to prawdopodobnie ta pasja była kiedyś Twoim marzeniem. Teraz to marzenie się już spełniło. A marzeń się nie porzuca.




sobota, 29 sierpnia 2015

Warszawa. Bo marzenia są po to, żeby je spełniać

"Clive Standen przyjeżdża do Polski". Niemożliwe. Czytam jeszcze raz. "Clive Standen przyjeżdża do Polski". Nie no, nie ma opcji, pewnie jakaś fejkowa informacja. Trzeba potwierdzić.  Potwierdzam. To nie fejk. Na pomysł wyjazdu do Warszawy wpadam momentalnie. Nie ma dla mnie znaczenia, że ten wyjazd będzie kosztował mnie kolejną nieprzespaną noc. Do tego właśnie wtedy, kiedy już poradziłam sobie z bezsennością, kiedy znowu zaczęłam normalnie funkcjonować.

Piszą, że jestem "łowczynią celebrytów", ale ja nie szukam okazji do spotkań z nimi dla lansu. Nie chodzi o zdjęcia ani autografy. Chodzi o... pasję. Tak jak w podróżach najciekawsi są spotkani na drodze ludzie, tak w pracy dziennikarza najpiękniejsze są wywiady. Bo dziennikarz od swoich rozmówców się uczy. To dzięki nim umie słuchać i rozumieć inny punkt widzenia. Zadawać pytania i milczeć wtedy, gdy sytuacja tego milczenia wymaga. Ale do tego tematu wrócę jeszcze w innym poście.

Warszawa uczy mnie doceniania tej pasji na nowo. Po pierwsze dlatego, że większość aktorów czy pisarzy promuje filmy/seriale/książki właśnie w stolicy. Stąd coraz częściej bywam w mieście, którego kiedyś nie znosiłam. Po drugie dlatego, że aktorzy czy pisarze to także najczęściej ludzie z pasją. A niezwykle miło jest spotkać się z kimś, kto rozumie twój punkt widzenia. Kto osiągnął sukces dzięki determinacji i zaangażowaniu.

Jeżeli masz w sobie pasję, nie zastanawiasz się. Nie robisz planów, obliczeń, nie kalkulujesz, na ile ci się to opłaci. Po prostu rzucasz wszystko i jedziesz. Nawet jeśli może okazać się, że to jazda bez trzymanki. Najpiękniejsze podróże to podróże bez planu. Największe sukcesy to te zbudowane w oparciu o pasję, nie o chłodne kalkulacje.



sobota, 22 sierpnia 2015

Kiedy wyjazd do stolicy staje się podróżą życia



Warszawa. Wieżowce nowe, reklamy wielkoformatowe, tęcza, pieprzony Żoliborz. Tam już nie tylko wiosna, lecz nawet lato spaliną oddycha. 

Właściwie nie ma po co jechać. Bo Warszawie brakuje uroku, którym może poszczycić się Wrocław albo nawet owinięty smogiem Kraków. Ale los jest przewrotny i przeważnie śmieje ci się prosto w twarz - z uporem maniaka będę to powtarzać. Nie warto się uprzedzać do miejsc. Ani do ludzi. Nadawanie im etykietek w stylu "never again" mija się z celem, bo w najmniej oczekiwanym momencie czekać Cię będzie miła niespodzianka, po której będziesz musiał(a) powiedzieć sobie: "sorry, zwracam honor".

Pamiętam Warszawę z dzieciństwa. Zabetonowaną, szarą, zimną. Pamiętam, jak bardzo chciałam wrócić do domu, do Wrocławia. Za rodzinnym miastem nie tęskniłam aż tak bardzo nawet wtedy, kiedy przez ponad rok mieszkałam na innym kontynencie. Ale Warszawa mnie od siebie odpychała. Potem niespecjalnie chciałam do niej wracać. To właściwie ona wróciła do mnie, przez całą serię różnych, przeważnie zawodowych okoliczności i doświadczeń. Koncerty, festiwale, eventy, wywiady. Teraz wraca po raz kolejny. I to wraca z hukiem, bo do Warszawy przyjeżdża Clive Standen, gwiazda serialu "Vikings" (dla wtajemniczonych aktor wcielający się w postać Rollo).

I nagle muszę teraz weryfikować obraz snobistycznej, zimnej Warszawy z Warszawą, będącą oknem na wielki świat. Z Warszawą, która pozwala spełniać marzenia.

Możecie nadawać miejscom etykietki. Bo w Chinach je się psy, Stany są skorumpowane, w Rumunii kradną, a Włosi są metroseksualni. Zgoda, w każdym stereotypie jest jakieś źdźbło prawdy, ale pojedź kilka razy, przeżyj i dopiero wtedy wydaj osąd. Bo każde miejsce jest jak moneta. Od Ciebie zależy, czy wyrzucisz orła czy reszkę. Ja tym razem stawiam na orła.

"Jaka piękna ta Warszawa. Będzie hajs i love, i sława"




Polub na Facebooku